Fedor i nowe rozdanie

Zostałem wiceministrem w gabinecie cieni. Co prawda kilkanaście lat temu odrzuciłem rządową propozycję, ale teraz dojrzałem i przyjąłem ją ze względu na lęk przed "dobrymi zmianami" w polskiej kulturze i sztuce. Zachodzi bowiem obawa, ze zwycięży nurt narodowo - patriotycznego myślenia, który usunie w cień twórców poszukujących, niezależnych i jaki jeszcze chcecie przymiotnik, to sobie dopiszcie. Moja praca polega na tym, ze mam monitorować i recenzować, chwalić lub poddawać krytyce działania rządu w tej pięknej dziedzinie. Przyglądanie się TVP i PR również należy do moich obowiązków. Ale najważniejsze to przygotowanie programu Platformy Obywatelskiej w dziedzinie kultury.

Żeby naładować akumulatory w weekend wybrałem się do krakowskich teatrów. Na scenie Narodowego Starego Teatru obejrzałem adaptację "Kosmosu" Gombrowicza w reżyserii Krzysztofa Garbaczewskiego. W niezwykłej przestrzeni światła, dźwięku i obrazu reżyser wprowadził nas w sam środek mózgu i duszy bohaterów. Wyszedłem przejęty i oszołomiony.
Przypomniałem sobie, że spędziłem na tej scenie blisko 20 lat, grając ok. 300 spektakli rocznie z Trelą, Stuhrem, Nowickim, Bińczyckim, Polony i Dymną, z tą małą różnicą, że występowaliśmy bez mikroportów i z odsłoniętymi twarzami, wyrażającymi nasze emocje.

Mikroporty w dzisiejszych inscenizacjach niestety są niezbędne, gdyż efekty specjalne często przytłaczają kreację aktorów. Z dumą jednak stwierdzam, że Roman Gancarczyk w roli Leona wzniósł się na najwyższy poziom. Szkoda tylko, że najpiękniejsze puenty adresował do nas z ekranu filmowego. Z radością stwierdzam, ze publiczność oklaskiwała na stojąco twórców przedstawienia, co oznacza, że akceptuje dzisiejszy teatr. I to jest budujące! Mam nadzieję, że nikt tego nie popsuje.

Z kolei by być bardzo blisko aktorów udałem się w niedzielę do Teatru Ludowego na pierwszą premierę pani dyrektor Małgorzaty Bogajewskiej. Ale o tym w następnym wpisie.
Trwa ładowanie komentarzy...